Wydrukuj tę stronę

Maciej i historia jego Komara 232

15 marzec 2016 Napisał Historie 152
Maciej i historia jego Komara 232
Mój Komar 232

Chciałbym króciutko opisać historię mojego Komara MR 232 z 1966 roku. Motorower ten nie był od nowości w mojej rodzinie, ale mam do niego wielki sentyment. Mój ojciec kupił go w 1970 r. Nie wiem dokładnie w jakim był wówczas stanie. Tata niewiele na nim jeździł. W większości użytkował go jego szwagier czyli mój wujek, który miał wówczas... 12 lat (ja miałem roczek) i mieszkał u nas w domu. Niestety "wujek" przez 2 lata mocno go wyeksploatował, zatarł silnik, popalił tarcze sprzęgła, itd. Komar stał w takim stanie przez 10 lat.
W 1982 roku za moją namową został dla mnie wyremontowany. Remont przeprowadzałem razem z ojcem, ale faktycznie wyglądało to tak, że tata naprawiał i wymieniał, co się dało, a ja tylko asystowałem. Pozwoliło mi to jednak poznać jego konstrukcję i zrozumieć zasady działania. Pamiętam świetnie, że wówczas w sklepach można jeszcze było kupić mnóstwo rzeczy do tego modelu, choć oczywiście nie wszystko. Ogólnie rzecz biorąc naprawa dotyczyła głównie silnika i można rzec, że został zrobiony kapitalny remont.
Na moje urodziny, 29-go września, Komar został zarejestrowany. Oczywiście na mnie. Nie wiem dlaczego nieważna była wcześniejsza rejestracja.
Tak więc moim Komarem zacząłem całkiem legalnie zwiedzać bliższe i dalsze okolice. Pamiętam, że jeżeli chodzi o Komary, to żaden z tych, z którymi miałem do czynienia, nie miał ze mną szans, jeśli chodzi o prędkość. Mogłem konkurować nawet z popularnymi wówczas Jawkami. Z drugiej zaś strony moja maszyna wyglądała najbiedniej ze wszystkich. Inni mieli już Komary nowsze, z teleskopowym tylnym zawieszeniem, a jeżeli mieli modele zbliżone do mojego, to były one po najróżniejszych przeróbkach (m. in. zamontowane dwuosobowe kanapy czy właśnie wstawione różnego typu teleskopy). Ja też myślałem o przeróbkach, ale na szczęście w głowie zaczęła mi już wówczas świtać myśl, że mój Komar jest historyczny i może zostać wspaniałą pamiątką. Na moim motorowerze miałem trzy, nawet groźnie wyglądające, wypadki. Na szczęście kończyło się ogólnymi potłuczeniami. Raz tylko straciłem przytomność i szpetnie poparzyłem nogę o gorący silnik (przypominam, że był na dotarciu). Ocknąłem się właśnie z bólu, a rana goiła się później przez pół roku.
Można powiedzieć, że zżyłem się ze swoją maszyną. Były to lata, gdzie poza szkołą prowadziło się raczej beztroskie życie, a duża ilość wolnego czasu pozwalała na intensywne zaangażowanie się w nową pasję, która również zrodziła się w 1982 roku. Chodzi o wędkarstwo. Komar był częstym towarzyszem moich wypadów z wędką.
Tak było do 1984 roku, w którym coś się stało i silnik ciągle się zalewał. Nie dało się jeździć, a mój ojciec nie chciał już nic przy nim robić. Ja natomiast nie miałem aż tyle pojęcia, żeby samemu to naprawić. Choć może na brak remontu miał również po części fakt zakończenia szkoły podstawowej i rozpoczęcia edukacji w odległym o 50 km technikum. Nowe środowisko, nowe zainteresowania...
Stanęło na tym, że ojciec chciał Komara sprzedać za grosze, ale ja się uparłem i powiedziałem, że ma zostać i że kiedyś go wyremontuję, być może dla swojego syna. Koleje losu "rzucały" mnie później trochę po Polsce, ale w końcu w 2000 r. wróciłem w rodzinne strony. Nie od razu wziąłem się za Komara, bo było wiele innych spraw na głowie. Jednakże jakiś czas temu przez przypadek stałem się za grosze właścicielem innego, podobnego Komara, ale z 1963 roku. Po prostu skorzystałem z pewnej okazji. Komar ten był w kiepskim stanie. Ktoś dużo części powymieniał na części od nowszych modeli, a do tego pomalował go pędzlem, łącznie z elementami chromowanymi (co widać na zdjęciu nr 1).
Nabytek ten miał być ewentualnym "dawcą" części do mojego Komara. Jak się później okazało nie było takiej potrzeby i teraz stoi, i czeka na lepsze czasy. Doprowadziłem go do stanu "jezdnego" i na razie nie zamierzam nic więcej robić. Po pierwsze dlatego, że wymaga dużo większych nakładów niż w przypadku mojego Komara, a po drugie nie darzę go takim sentymentem. Może kiedyś... W każdym bądź razie ten przypadkowy zakup spowodował rozpoczęcie procedury restauracji mojego Komara.
Najpierw musiałem go wydobyć z zagraconego budynku gospodarczego (zdjęcie nr 2), w którym "przezimował" ponad 20 lat. Po kilkudziesięciu minutach ukazał się moim oczom (zdjęcie nr 3). Po wyciągnięciu mojego Komara na światło dzienne (zdjęcia nr 4 i 5) łezka zakręciła mi się w oku. Znacie to uczucie? Już wiedziałem, że nadszedł czas. W pierwszej kolejności motorower został rozebrany na czynniki pierwsze (zdjęcia nr 6 i 7), tak, że już bardziej się nie dało. Następnie nastąpił kapitalny remont silnika (zdjęcie nr 8), w którym pomógł mi znajomy mechanik. W międzyczasie zostały wypiaskowane elementy karoseryjne (zdjęcie nr 9), które następnie trafiły do lakierowania. Polerowaniem silnika (zdjęcie nr 10) oraz pozostałych części zająłem się już osobiście. Później chyba najprzyjemniejsza praca - składanie wszystkiego w całość (zdjęcia nr 11 i 12).

Efekt końcowy nie był jednak całkiem zadowalający. O ile stan wizualny oceniłbym na dobry (zdjęcie nr 13), o tyle co do walorów jezdnych mam dużo zastrzeżeń. Po prostu silnik jest bardzo słaby i trudno mi się nim odpowiednio rozpędzić. Żeby było ciekawiej ten drugi Komarek (z 1963 r.) jeździ rewelacyjnie, a był uruchomiony najniższym nakładem kosztów. Pamiętając osiągi mojego Komara z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych można odczuwać wielki niedosyt. Inna rzecz, że ja byłem wówczas chudym 13-15 -latkiem, a teraz moja waga oscyluje w okolicach 110 kg. No tak, ale dlaczego "dawca" sobie z tym radzi?

Tak więc jest to najważniejsza rzecz, którą muszę poprawić. Przyznam jednak szczerze, że bez pomocy dobrego fachowca w tej dziedzinie sam sobie nie poradzę. Poza tym pewne drobiazgi wymagają dopracowania. Mam tu na myśli wymianę niektórych części na oryginalne, zbliżone do ideału. Jednym z elementów, który rzuca się w oczy jest dorabiane siodełko i torebka narzędziowa. O ile siodełko już mam (choć też nie idealne), o tyle torebki jeszcze szukam. Szukam też jeszcze kilku innych drobiazgów i nie ukrywam, że liczę na kontakt ze strony osób, które mogłyby mi pomóc. Ja też posiadam na zbyciu trochę części. Podsumowując, myślę, że pod koniec wiosny mój Komar powinien wyglądać bardziej oryginalnie. Gorzej może być z silnikiem. Muszę jeszcze też zarejestrować mój pojazd, bo ojciec wyrejestrował go, gdy byłem na studiach. Myślę, że to wszystko stanowić będzie dobry prezent na 40-te urodziny motoroweru.
Nie byłoby dopełnienia historii, gdybym nie wspomniał, że zgodnie z przepowiednią z 1984 roku mam dla kogo restaurować mojego Komara. Tak się składa, że mam 5-letniego syna i on jest przekonany, że to jego Komarek i dla niego jest remontowany (zdjęcie nr 14). Oczywiście jest za mały, żeby nim jeździć, ale wiem, że teraz (po uruchomieniu) będę dbał o niego do czasu, gdy syn podrośnie i go przejmie.
Mój ojciec miał kiedyś Osę (od nowości), ale gdy w 1976 r. kupił Malucha, to sprzedał ją za 2 tys. zł. Wtedy to były grosze i błagałem go, żeby jej nie sprzedawał, żeby zostawił dla mnie, ale na marne.
Tym bardziej cieszę się, że ocaliłem Komarka i choć taniej niż mnie kosztował remont można kupić innego w podobnym stanie, to nie o to mi chodzi. Chociaż czuję, że większość z osób, które tu trafiły i to czytają dobrze to rozumie. Historię restauracji mojego Komara udokumentowałem stu kilkudziesięcioma zdjęciami, ale z przyczyn oczywistych zamieściłem tu tylko wybrane.

Maciej Półrolniczak
Witaszyce
kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
GG nr 1442099,
tel. kom. (607) 36 29 29
tel. stacj. (062) 747 86 28
Administrator

Najnowsze od Administrator