Mój Fiat 126p

15 marzec 2016 Napisał Moje sprzęty 56
Mój Polski Fiat 126p

Moja przygoda z samochodzikiem Polski Fiat 126p zaczęła się w czerwcu 2000 roku. Postanowiłem, że nie będę gorszy od kumpla, który uruchomił Moskwicza 412 z '74 roku, (gablota stała w stodole od śmierci dziadka, trochę ponad 10 lat), więc zabrałem się za żółtego drania, który stał pod płotem kilka lat. Historia była prosta: 4 lata wcześniej przyjechał nim do wujka znajomy, uszkodził zawieszenie i jakoś nie zależało mu na zaholowaniu samochodziku do warsztatu...
Właściwie, to nie wiedziałem od czego zacząć. Pierwszym krokiem, jaki poczyniłem było oderwanie go od ziemi, co okazało bardzo pracochłonnym zajęciem, bowiem wszystkie 4 bębny hamulcowa były nieruchome, jakby zaspawane rdzą. Następnie przyszła kolej na zastartowanie silnika. Po wyczyszczeniu gaźnika, pompy paliwa i styków i oczywiście wymianie akumulatora wydał swój majestatyczny, basowy dźwięk... "pomóóósz mi, pomóósz mi, pomósz mi, taktaktaktak!". Potem należało jeszcze zespawać urwany wieszak tylnego wahacza, zrobić hamulce, umyć gablotę, wywalić gniazdo mysz z tunelu środkowego, sprzątnąć wymiociny kumpla (pozostałość z imprezy)... początki były trudne!
A ja nie miałem prawka, dowodu rejestracyjnego, ubezpieczenia, pasów bezpieczeństwa, hamulców na tylnej osi, pół podłogi, pasa tylnego, progów... ale całą głowę marzeń i pomysłów. Po jakimś czasie zacząłem się uczyć nim jeździeć. No tak... miałem 16 lat, a moja przygoda z motoryzacją wówczas to tylko mocno, pozwolę tu sobie zacytować mego kolegę: "przeruchany" Złomet (te dwusuwowe hulajnogi firmowane były renomowaną marką "Romet"). To były czasy: po tygodniu grzebania w silniku, kilometrowy sprint, pierdnięcie, sprawny skok na "grzbiet", te swoje 40 km/h ku zachodzącemu słońcu, by po kilku sekundach pchać stalowo- plastikowego rumaka do garażu, przeklinając dzień w którym bocian zrzucił mnie na ziemię... Łatwo więc sobie było wyobrazić moje pozytywne zdziwieni, gdy miało się za plecami 24 KM i tylni napęd... Po tym, jak wpadłem w plantację 3 krzaków truskawek ojca i zahaczyłem o kilka drzew... i zderzak Mitsubishi wujka przyszły dobre czasy i wyruszyłem na podbój okolicznych łąk i pastwisk... Fajnie było, mimo, że palił 15l/100 km. Nigdy nie zapomnę tej adrenaliny, gdy mknąłem nad rzeczką 60 km/h, ani krzyku Ani, gdy zabrałem ją na taką "przejażdżkę". Sielanka nie trwała długo, bo panowie w niebieskim VW transporterze z kogutem na dachu i białym pasem na burcie postanowili mnie zatrzymać i spałować...
Żółty demon powędrował do garażu, a ja miałem w końcu kasę na piwo... Po kilku miesiącach zrobiłem prawko, ale nie wiązałem swojej przyszłości za kółkiem z maluszkiem. Przedstawiał raczej obraz nędzy i rozpaczy, bowiem swoje 25 lat zrobiło swoje. Przesiadłem się chwilowo do samochodów rodziców, ale odczuwałem palącą potrzebę posiadania własnych 4 kółek. Za odłożone pieniądze postanowiłem kupić Syrenę, nawet znalazł się niezły egzemplarz, ale postanowiliśmy z tatą, że za te pieniądze lepiej będzie odremontować malucha. I zaczął się drugi remont. Dostałem od znajomego dwa bagażniki tatowego Opla części i zacząłem majstrować przy silniku. Udało mi się ponownie go zastartować i można było jeździć gablotą po blacharzach. Nie polecam. Jeden polecał budę od nowszego, drugi najpierw złapał się za dupę (znaczy głowę) i rzucił taką sumkę, że tylko powąchał paloną gumę, gdy odjechałem. Już miałem stać się średnio szczęśliwym właścicielem żółtego trupa z '86 roku, gdy narodził się w umyśle inż. taty pomysł uzupełnienia braków karoserii reperaturkami montowanymi na nity aluminiowe. To było to: przejechałem tak 3 tys. Km i trzyma się jak trzeba! Mam tak zrobione progi, tylne puszki świateł, nadkola tylne, błotnik... Całość pomalował mi wujek ( niezbyt dobrze), a ja złożyłem całość do kupy. Aha, wcześniej wymieniłem wszystkie przewody hamulcowe i cylinderki, dopieściłem silnik. W listopadzie 2002 126p był gotowy. Przeszedł bez większych kłopotów przegląd techniczny (zapomniałem tylko ustawić świateł).
Na początku 2003 roku zacząłem poznawać nasze ulice zza kółka malucha. Na początku było ciężko, ale się przyzwyczaiłem. Już nie przeszkadza mi to, że wciskam pedał hamulca do samej podłogi, co nie powoduje większej zmiany (swoją drogą to niezłe zjawisko socjo-psychologiczne - reakcja pasażerów...). Nie istotny jest hałas (teraz to już nie silnika, a łożysk), ani kiepskie osiągi. Jest on dla mnie rzeczywiście zdecydowanie za mały, ale za to jest chyba jedynym samochodem, którego eksploatacja tak mało kosztuje, dając w zamian sporo radości. Wszystkie remonty wykonuję we własnym zakresie, korzystając z fachowej literatury i zestawu narzędzi z supermarketu... a ostatnio robiłem częściową kapitalkę silnika.
W trakcie remontu doszło do mnie, że mam naprawdę stary, już niestety rzadko spotykany model - jedna z pierwszych 650tek z '77 roku, więc wypadałoby przywrócić go do życia w farmie maksymalnie zbliżonej do oryginału, nie zapominając tym samym o tym, że miał być to pojazd na "co dzień" (nie jeżdżę w zimę, bo myśli samobójcze mnie na razie opuściły). Czy mi się to udało? Oceńcie to sami na zdjęciach. Jakby nie było, "Mulooh" zawiózł mnie ( i "przy okazji" właściciela strony) na kilka zlotów starej polskiej motoryzacji, a w "Automobiliście" przeczytałem o nim kilka zdań, a w numerze 01/04 znalazłem zdjęcie, w którym widać kawałek dachu... to się nazywa sława.
I tak jeżdżę sobie swoim "potworem", ostatnio tylko po powiacie wołomińskim, wzbudzając zapewne litość i śmiech przechodniów... i mam to absolutnie gdzieś. Ważne jest to, co się czuje do tego czym się jeździ, do efektu swojej pracy, do swojej wielkiej pasji: polskiej motoryzacji. To właśnie Mulooh stanowił początek mojej kolekcji ( hm, o ile tak można nazwać motorower "Żak" z 1962, WSK z '59 i Syrenę 105 z '80). Wiąże się z nim wiele miłych zdarzeń z mego życia: bicia rekordowych prędkości 100 km/h, zloty, wyprawa na działkę do eks: 130 km w 3 godziny... to właśnie maluchem jechałem na wszystkie egzaminy maturalne. Nie sprawia mi radości jazda "esperakiem" mamy, gdzie mam elektyczne szyby, lusterka, wspomaganie układu kierowniczego, hamulcowego, wydajne ogrzewanie... Ten kawałek blachy wrósł we mnie i dziś stanowi część mojego życia, tak jak wysłużone glany, "Emeryci" i kolekcja pornoli... i nikt mi tego nie odbierze!

Szukaj na Jacomoto

Kalendarz

« April 2020 »
Mon Tue Wed Thu Fri Sat Sun
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30